Info
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2012, Maj4 - 58
- 2012, Kwiecień9 - 110
- 2012, Marzec3 - 34
- 2012, Luty9 - 71
- 2012, Styczeń8 - 93
- 2011, Grudzień8 - 78
- 2011, Listopad7 - 80
- 2011, Październik6 - 43
- 2011, Wrzesień11 - 128
- 2011, Sierpień10 - 77
- 2011, Lipiec12 - 103
- 2011, Czerwiec7 - 79
- 2011, Maj17 - 181
- 2011, Kwiecień12 - 176
- 2011, Marzec3 - 3
- 2011, Luty5 - 3
- 2011, Styczeń3 - 19
- 2010, Grudzień3 - 13
- 2010, Listopad4 - 8
- 2010, Październik4 - 13
- 2010, Wrzesień8 - 15
- 2010, Sierpień7 - 2
- 2010, Lipiec9 - 6
- 2010, Czerwiec12 - 27
- 2010, Maj7 - 21
- 2010, Kwiecień11 - 35
- 2010, Marzec3 - 3
- 2010, Luty2 - 1
- 2010, Styczeń6 - 4
- 2009, Grudzień5 - 6
- 2009, Listopad4 - 4
- 2009, Październik4 - 17
- 2009, Wrzesień6 - 19
- 2009, Sierpień10 - 6
- 2009, Lipiec5 - 9
Dane wyjazdu:
81.68 km
41.00 km teren
03:52 h
21.12 km/h:
Maks. pr.:37.70 km/h
Temperatura:-
HR max:- (-%)
HR avg:- (-%)
Podjazdy:150 m
Kalorie: 2555 kcal
Rower:Kona Caldera
Przystanek Młociny
Poniedziałek, 14 maja 2012 · dodano: 15.05.2012 | Komentarze 5
Namawiała, namawiała i namówiła :)
Pojechałem obadać knajpę o wdzięcznej nazwie Przystanek Młociny gdzie spotkałem się z nienasyconą pożeraczką nachosów z serem czyli Izką.
Lokal rzeczywiście jest zacny i pro rowerowy, co w sumie nie dziwi biorąc pod uwagę, że właściciel też jest rowerzystą i nawet swego czasu nieźle wymiatał na Harpaganach. Z jego relacji wynikało, że da się śmigać rowerkiem po okolicznych „pohucianych” hałdach. Niby nie wolno, ale problemu nie ma. Cza będzie obadać. Ale to tak zwaną „inną razą”. Dziś ma być Kampinos.
Skoro Izka mi sprzedała Przystanek, to ja Izce sprzedałem Jankowego singla. Kupiła, tylko marudziła, że rower nie ten :)
Powłóczyliśmy się przez Sieraków (dawna stolica Polaków), Izabelin, Truskaw, Lipków i zuruck nach Bemowo, gdzie Izka z sobie tylko znanych powodów musiała odwiedzić Legion.
Pokręciłem się jeszcze chwilkę po okolicy i zawinąłem do domu znowu przez Kampinos. Czeci raz dzisiaj :)
I żeby nie było bez zdjęć:


Pojechałem obadać knajpę o wdzięcznej nazwie Przystanek Młociny gdzie spotkałem się z nienasyconą pożeraczką nachosów z serem czyli Izką.
Lokal rzeczywiście jest zacny i pro rowerowy, co w sumie nie dziwi biorąc pod uwagę, że właściciel też jest rowerzystą i nawet swego czasu nieźle wymiatał na Harpaganach. Z jego relacji wynikało, że da się śmigać rowerkiem po okolicznych „pohucianych” hałdach. Niby nie wolno, ale problemu nie ma. Cza będzie obadać. Ale to tak zwaną „inną razą”. Dziś ma być Kampinos.
Skoro Izka mi sprzedała Przystanek, to ja Izce sprzedałem Jankowego singla. Kupiła, tylko marudziła, że rower nie ten :)
Powłóczyliśmy się przez Sieraków (dawna stolica Polaków), Izabelin, Truskaw, Lipków i zuruck nach Bemowo, gdzie Izka z sobie tylko znanych powodów musiała odwiedzić Legion.
Pokręciłem się jeszcze chwilkę po okolicy i zawinąłem do domu znowu przez Kampinos. Czeci raz dzisiaj :)
I żeby nie było bez zdjęć:

Izka poluja na kotkę (jak zwykle dla słabszych strzałka ;)© Niewe

Kotka poluje na kota (tym razem bez strzałek, trzeba się wysilić)© Niewe
Kategoria: Na luzie
Dane wyjazdu:
111.17 km
45.00 km teren
05:03 h
22.01 km/h:
Maks. pr.:40.40 km/h
Temperatura:-
HR max:- (-%)
HR avg:- (-%)
Podjazdy:172 m
Kalorie: 3660 kcal
Rower:Kona Caldera
Biednemu wiatr w oczy
Czwartek, 10 maja 2012 · dodano: 15.05.2012 | Komentarze 16
Teoretycznie na Mazowszu przeważają wiatry zachodnie. Znaczy się wiejące z zachodu. Do pracy jadę na wschód, więc teoretycznie powinienem zazwyczaj mieć z wiatrem. Ale nie mam. Mam ciągle pod wiatr. Wychodzi na to, że jestem biedny :)
Przemyślałem to sobie dokładnie w czasie jazdy, a czas na przemyślenia miałem, bo jak zaznaczyłem jechałem pod wiatr i wyszło mi, że to ma sens.
Biedny Niewe musiał tak rano wstać.
Biedny Niewe musi jechać do pracy.
Jestem biedny, więc mam wiatr w oczy :)
Po pracy miałem ochotę na jednostajne, długie kręcenie, bez piachów, bez górek, bez problemów. Skoczyłem sobie zatem nad Zegrze, na piweczko.


Zabrakło niestety czasu na pełną pętlę wałami do Nowego Dworu i musiałem skracać kompletnie nieznanymi mi drogami przez wioski. Napotkane urocze dziewczę na czerwonym holendrze zapytane o drogę wyjechało mi na Pan co dodatkowo popsuło mi i tak nienajlepszy humor.
Wróciłem do Europy mostem w Nowym Dworze i przez Kampinos na chatę.
Do Kampinosu zdecydowanie należy wjeżdżać wypoczętym, bo na miejscu się już nie odsapnie. Nie da się zatrzymać nawet na chwile. Hordy komarów skutecznie uniemożliwiają jakikolwiek popas. I tak już będzie do pewnie do końca sierpnia.
Przemyślałem to sobie dokładnie w czasie jazdy, a czas na przemyślenia miałem, bo jak zaznaczyłem jechałem pod wiatr i wyszło mi, że to ma sens.
Biedny Niewe musiał tak rano wstać.
Biedny Niewe musi jechać do pracy.
Jestem biedny, więc mam wiatr w oczy :)
Po pracy miałem ochotę na jednostajne, długie kręcenie, bez piachów, bez górek, bez problemów. Skoczyłem sobie zatem nad Zegrze, na piweczko.

Piweczko strzelę.© Niewe

Ładnie tu i można się spokojnie odlać do wody.© Niewe
Zabrakło niestety czasu na pełną pętlę wałami do Nowego Dworu i musiałem skracać kompletnie nieznanymi mi drogami przez wioski. Napotkane urocze dziewczę na czerwonym holendrze zapytane o drogę wyjechało mi na Pan co dodatkowo popsuło mi i tak nienajlepszy humor.
Wróciłem do Europy mostem w Nowym Dworze i przez Kampinos na chatę.
Do Kampinosu zdecydowanie należy wjeżdżać wypoczętym, bo na miejscu się już nie odsapnie. Nie da się zatrzymać nawet na chwile. Hordy komarów skutecznie uniemożliwiają jakikolwiek popas. I tak już będzie do pewnie do końca sierpnia.
Dane wyjazdu:
88.00 km
83.00 km teren
04:55 h
17.90 km/h:
Maks. pr.:50.00 km/h
Temperatura:-
HR max:- (-%)
HR avg:- (-%)
Podjazdy:871 m
Kalorie: 3063 kcal
Rower:Kona Caldera
Mazovia Olsztyn
Niedziela, 6 maja 2012 · dodano: 09.05.2012 | Komentarze 11
Ubzdurałem sobie przed tym maratonem kilka rzeczy.
Po pierwsze, że będzie cały czas szeroko jak w Ełku i będzie można spoko wyprzedzać.
Po drugie, że jak będzie szeroko to będzie można spoko wyprzedzać :)
Z obu tych powodów nie dramatyzowałem i nie podjąłem żadnych kroków w celu wystartowania z sektora wyższego niż jedenasty.
I w obu tych przypadkach się niestety pomyliłem.
Po tym co zobaczyłem zastanawiam się jak to jest, że osoby startujące z końca stawki przeżywają w ogóle te maratony. Jazda dwumetrowym slalomem pomiędzy dziurami, nagłe zmiany pasa, napieranie na osobę wyprzedzającą (no bo przeca rower jedzie w tą stronę, w którą rowerzysta kieruje rozdziawioną gębę) itp. to chleb powszedni.
Absolutnym hitem był dla mnie jeden z pierwszych zakrętów, który zaatakowałem od zewnętrznej, a kilka osób z wewnątrz przeleciało mi przed przednim kołem, bo „złożyli” się w zakręt w zasadzie już w jego połowie.
Po tym krótki demo całkowicie zrezygnowałem z walki z obawy o swoje zdrowie. Nie mam ochoty na kolejną w tym roku przerwę w jeżdżeniu. Grzecznie jechałem w kolumnie, hamowałem na zjazdach i hamowałem na podjazdach :)

Po rozjeździe na Giga zostałem całkowicie sam. Dopiero w okolicach 60.km zobaczyłem w oddali innego zawodnika. Dogoniłem, pogadałem, zostawiłem, a potem się zgubiłem :)
Trochę połaziłem po lesie, a w końcu wróciłem po śladzie atakując metę od drugiej strony czym kompletnie zaskoczyłem obsługę :) Zdążyłem jednak idealnie na czas , na miejsce, na pewno, bo akurat wyczytywano Che na podium i zdążyłem se popaczeć :)

Po pierwsze, że będzie cały czas szeroko jak w Ełku i będzie można spoko wyprzedzać.
Po drugie, że jak będzie szeroko to będzie można spoko wyprzedzać :)
Z obu tych powodów nie dramatyzowałem i nie podjąłem żadnych kroków w celu wystartowania z sektora wyższego niż jedenasty.
I w obu tych przypadkach się niestety pomyliłem.
Po tym co zobaczyłem zastanawiam się jak to jest, że osoby startujące z końca stawki przeżywają w ogóle te maratony. Jazda dwumetrowym slalomem pomiędzy dziurami, nagłe zmiany pasa, napieranie na osobę wyprzedzającą (no bo przeca rower jedzie w tą stronę, w którą rowerzysta kieruje rozdziawioną gębę) itp. to chleb powszedni.
Absolutnym hitem był dla mnie jeden z pierwszych zakrętów, który zaatakowałem od zewnętrznej, a kilka osób z wewnątrz przeleciało mi przed przednim kołem, bo „złożyli” się w zakręt w zasadzie już w jego połowie.
Po tym krótki demo całkowicie zrezygnowałem z walki z obawy o swoje zdrowie. Nie mam ochoty na kolejną w tym roku przerwę w jeżdżeniu. Grzecznie jechałem w kolumnie, hamowałem na zjazdach i hamowałem na podjazdach :)

To nie ja tak wykadrowałem to zdjęcie. To Pijący Mleko. Widać do czego prowadzi picie mleka.© Niewe
Po rozjeździe na Giga zostałem całkowicie sam. Dopiero w okolicach 60.km zobaczyłem w oddali innego zawodnika. Dogoniłem, pogadałem, zostawiłem, a potem się zgubiłem :)
Trochę połaziłem po lesie, a w końcu wróciłem po śladzie atakując metę od drugiej strony czym kompletnie zaskoczyłem obsługę :) Zdążyłem jednak idealnie na czas , na miejsce, na pewno, bo akurat wyczytywano Che na podium i zdążyłem se popaczeć :)

No i o. Tak po prostu.© Niewe
Kategoria: Zawody
Dane wyjazdu:
148.00 km
80.00 km teren
06:59 h
21.19 km/h:
Maks. pr.:38.50 km/h
Temperatura:-
HR max:- (-%)
HR avg:- (-%)
Podjazdy:198 m
Kalorie: 3823 kcal
Rower:Kona Caldera
Do Łodzi. Albo jednak nie. Do Skierniewic na razie musi wystarczyć.
Wtorek, 1 maja 2012 · dodano: 09.05.2012 | Komentarze 26
Goro zrobił się strasznie multimedialny i stworzył na Facebooku wydarzenie „Rowerowa wycieczka do Łodzi zahaczająca o Bolimowski Park Krajobrazowy, żeby ładniej było”
Aż 9 osób kliknęło, że JADZIE, więc nie było odwrotu. Cza było jechać, nawet jak się rano wstać nie chciało :) Śmignąłem więc sobie sam z rańca do Pruszkowa dokąd od strony Warszawy nadjechała pierwsza część naszego dzisiejszego składu czyli Che, Ania, Maciek i Goro.
Goro jako doskonały nawigator zdążył już przeciągnąć towarzystwo przez jakieś łąki i błota, więc humory dopisywały. Ruszamy wzdłuż torów.

Jest jednak ta kurewsko gorąco, że postój na pierwszy browarek robimy chwilę później w pobliskiej Podkowie, gdzie Maćka urzeka pasący się za siatką konik. Ja chyba nawet wiem dlaczego ;)

Chyba naprawdę poczuli do siebie miętę :)

No ale nie ma wyjścia. Trzeba jechać dalej. Kręcąc się z grubsza wzdłuż torów, a potem przez wiochy docieramy wreszcie do puszczy Bolimowskiej gdzie natychmiast urządzamy kolejny popas.

A tym czasem Goro staje na straży i wypatruję nadejścia (a właściwie nadjechania ekipy Skierniewicko-Łodzkiej z przewagą Skierniewickiej.

Paczał, paczał i wypaczał. Sylanarowerze, Theli, chrisEM i bartman. Teraz mamy komplet.

Szybka integracja, podzielenie się tym co mamy (Buk kazał się dzielić) i możemy ruszać w komplecie.

A jak się ma za przewodników miejscowych to można śmigać i takimi fajnymi drogami.

I tak od sklepu, do sklepu…

...turlaliśmy się w kierunku knajpy, do której ponoć było pięć kilometrów, zahaczając o Rawkę (którą mam nadzieję już 10 czerwca spłynę kajakiem)….

…i zahaczając co 20km do sklepu dotarliśmy do knajpy, w której miał być browar z kija, miało być ładnie, a barmanka miała mieć wyeksponowany bufet.

Teoretycznie wszystko się zgodziło, ale barmanek było dużo i pewnie dlatego na żarcie czekaliśmy jakieś cztery jednostki piwne na głowę.

Jak się pije to się i sika

W wyniku oczekiwania niektórzy do baru poruszali się już jak konwoje na Atlantyku czyli zygzakując, a inni łapali fochy podczas burzliwych dyskusji o powrocie, o Łowiczu, o Łodzi i o Skierniewicach, ale koniec końców nażarliśmy się i całkiem sprawnie teleportowaliśmy się do Skierniewic, gdzie pod czujnym okiem kamer


I witani z sympatią przez miejscową młodzież…

Spożywamy tyle na ile nam tylko pozwalają nasze bandziochy, bo nie wiadomo kiedy znów będzie okazja spotkać się w tak zacnym gronie :)
Robimy sobie też fotkę na czołgu. Ale to chyba nawet przed spożyciem. Nie pamiętam :)

I żegnani ze łzami w oczach ładujemy się do pociągu smutno sącząc ostatnie piwka :)

Wnioski jakie wyciągnąłem z tego pouczającego dnia są następujące.
Świat jest mały – wszędzie mamy tylko 5km.
Mimo tego, ze świat jest mały i do Łodzi pewnie też jest tylko z 5km to żeby do niej dotrzeć należy omijać Skierniewice szerokim łukiem :)
Aż 9 osób kliknęło, że JADZIE, więc nie było odwrotu. Cza było jechać, nawet jak się rano wstać nie chciało :) Śmignąłem więc sobie sam z rańca do Pruszkowa dokąd od strony Warszawy nadjechała pierwsza część naszego dzisiejszego składu czyli Che, Ania, Maciek i Goro.
Goro jako doskonały nawigator zdążył już przeciągnąć towarzystwo przez jakieś łąki i błota, więc humory dopisywały. Ruszamy wzdłuż torów.

Ruszamy wzdłuż torów. Czy ja niewyraźnie piszę?© Niewe
Jest jednak ta kurewsko gorąco, że postój na pierwszy browarek robimy chwilę później w pobliskiej Podkowie, gdzie Maćka urzeka pasący się za siatką konik. Ja chyba nawet wiem dlaczego ;)

Idzie burza, bo mu sie wydłuża© Niewe
Chyba naprawdę poczuli do siebie miętę :)

Zaczekaj, wrócę po Ciebie i Cię uwolnię. Przysięgam.© Niewe
No ale nie ma wyjścia. Trzeba jechać dalej. Kręcąc się z grubsza wzdłuż torów, a potem przez wiochy docieramy wreszcie do puszczy Bolimowskiej gdzie natychmiast urządzamy kolejny popas.

No co? Ciepło jest, to trzeba się częściej zatrzymywać.© Niewe
A tym czasem Goro staje na straży i wypatruję nadejścia (a właściwie nadjechania ekipy Skierniewicko-Łodzkiej z przewagą Skierniewickiej.

Co on paczy?© Niewe
Paczał, paczał i wypaczał. Sylanarowerze, Theli, chrisEM i bartman. Teraz mamy komplet.

Jadą od lewej do prawej czyli prawidłowo.© Niewe
Szybka integracja, podzielenie się tym co mamy (Buk kazał się dzielić) i możemy ruszać w komplecie.

Rowerzyści komplet. Promocja: 8 szt + 1 z Łodzi gratis ;)© Niewe
A jak się ma za przewodników miejscowych to można śmigać i takimi fajnymi drogami.

Jaaaaaaaaka ładna droga© Niewe
I tak od sklepu, do sklepu…

25 km to maksymalny dystans pomiędzy sklepami w tak upalny dzień© Niewe
...turlaliśmy się w kierunku knajpy, do której ponoć było pięć kilometrów, zahaczając o Rawkę (którą mam nadzieję już 10 czerwca spłynę kajakiem)….

Co ja skaczę?© Niewe
…i zahaczając co 20km do sklepu dotarliśmy do knajpy, w której miał być browar z kija, miało być ładnie, a barmanka miała mieć wyeksponowany bufet.

Do tego miejsca mieliśmy tylko 5km :)© Niewe
Teoretycznie wszystko się zgodziło, ale barmanek było dużo i pewnie dlatego na żarcie czekaliśmy jakieś cztery jednostki piwne na głowę.

Co my czekamy© Niewe
Jak się pije to się i sika

Maciek sprawdza czemu biały konik nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak na nim ;)© Niewe
W wyniku oczekiwania niektórzy do baru poruszali się już jak konwoje na Atlantyku czyli zygzakując, a inni łapali fochy podczas burzliwych dyskusji o powrocie, o Łowiczu, o Łodzi i o Skierniewicach, ale koniec końców nażarliśmy się i całkiem sprawnie teleportowaliśmy się do Skierniewic, gdzie pod czujnym okiem kamer

Obiekt monitorowany© Niewe

Cały czas jesteśmy monitorowani© Niewe
I witani z sympatią przez miejscową młodzież…

Przybywam w pokoju.© Niewe
Spożywamy tyle na ile nam tylko pozwalają nasze bandziochy, bo nie wiadomo kiedy znów będzie okazja spotkać się w tak zacnym gronie :)
Robimy sobie też fotkę na czołgu. Ale to chyba nawet przed spożyciem. Nie pamiętam :)

Ja nie wiem co ja na tym zdjęciu robie, ale to przypadek ;)© Niewe
I żegnani ze łzami w oczach ładujemy się do pociągu smutno sącząc ostatnie piwka :)

Nie płacz, kiedy odjadę...© Niewe
Wnioski jakie wyciągnąłem z tego pouczającego dnia są następujące.
Świat jest mały – wszędzie mamy tylko 5km.
Mimo tego, ze świat jest mały i do Łodzi pewnie też jest tylko z 5km to żeby do niej dotrzeć należy omijać Skierniewice szerokim łukiem :)
Kategoria: Na luzie, PKP, Większom grupom
